sobota, 18 października 2014

Od Timore CD Limo

Kiedy się obudziłam,ziewnęłam przeciągle i strzepnęłam z siebie śnieg,który na mnie spadł podczas nocy. Rozejrzałam się za zwierzyną. Upolowałam niewielką sarnę,zjadłam i poszłam dalej...kolejna zima poza watahą...ciekawe czy mnie już wykluczyli? Ile to już lat? 4? Chyba tak...Nuka...-Spojrzałam w niebo. Ujrzałam chmurę w kształcie dziwnego stwora...wyglądał jak wilk z rogami,dziwnym ogonem i łapami. "Biegł" na północ. Uznałam to za znak i skierowałam się w tamtą stronę...nie mam nic do stracenia. Kiedy dotarłam do ciemnego,opuszczonego lasu i weszłam do niego,nagle śnieg pode mną się zapadł. Wylądowałam na czterech łapach i cicho jak kot. Trafiłam do ukrytej jaskini. Wyglądała jak piekło...jednak  nie była tak straszna jak ono...widziałam piekło...kiedy tak szłam powoli i cicho,usłyszałam warczenie i zobaczyłam cień wielkiego psa...dwugłowego. Za nim biegło jeszcze kilka. Wyjęłam miecz i przygotowałam się do walki. Gdy przybiegły,wybiłam je z łatwością.
Zaczęłam iść dalej. Po jakimś czasie,trafiłam do komory głównej,w której siedział ten,którego szukałam.
-Znów się spotykamy.-Powiedział przedłużonym głosem. Wyszłam z ukrycia i stanęłam z nim oko w oko.
-Zakończymy to raz na zawsze.-Powiedziałam przygotowując się do walki.-Zemszczę się.
-Ooooh? Więc wiesz,że to ja zniszczyłem twoją wioskę? Spostrzegawcza jesteś...
-Twój zapach był dość mocny...poza tym widziałam twój cień kiedy przybyłam na miejsce...kto by pomyślał,że mój własny wujek zniszczy moją rodzinę...UFALI CI!
-Wiesz,że nie byłem twoim wujkiem tylko przyjacielem rodziny...
-Wiem. Dlatego właśnie nie mogę uwierzyć,że to ty. Kochali cię jak członka rodziny...mam tylko jedno pytanie...dlaczego?
-Cóż...czasy się zmieniały...dołączałem do wielu watah. Twoja wioska była jedną,która mnie przyjęła i zaakceptowała...zaufała mimo mojego wyglądu...i po części charakteru...zobaczyli we mnie wilka,którym na prawdę jestem...ukrytym pod tą skórą.-Wskazał na swoje kopyta,ogon,grzywę i rogi.
-Więc...dlaczego...-Z oka spłynęła mi łza.
-Byli na prawdę mili i szczęśliwi...jednak z czasem...zaczęli się starzeć...byli bliscy śmierci...czułem to...moi najdrożsi przyjaciele...umierali powolnie...ty coś o tym wiesz...prawda? Próbowałem zatrzymać moją nieśmiertelność...pragnąłem umrzeć razem z nimi...jednak...nie udało mi się...postanowiłem spalić ich wioskę...wryć w swoje serce,by nie zapomnieć...nie myślałem,że ktoś przeżyje...ale cieszę się,że to właśnie ty przyszłaś dokonać zemsty...cieszę się,że to właśnie ty przeżyłaś...byłaś moją ulubienicą. Jednakże...nie zamierzam dać się zabić. Zabiję cię i będę do końca życia,szczęśliwy!-Zaczął się psychopatycznie śmiać. Zacisnęłam zęby na rękojeści miecza i błyskawicznie wyciągnęłam go z pochwy. Ze wściekłym wzrokiem i łzami w oczach ruszyłam na niego. On nadal się śmiał. Zadałam cios. Zatrzymał mój miecz rogiem. Uśmiechnął się diabelnie. Odskoczyłam. Na moim pysku malowała się wściekłość. Po chwili,jego róg pękł...i skruszył się. Z jego pyska zniknął uśmiech. Byłam całkowicie poważna. Ruszyłam znowu. Uniknął mojego ciosu uchylając się i wbił drugi róg w mój brzuch,jednak nie przebił skóry. Na chwilę straciłam oddech. Upadłam obok niego. Szybko jednak wstałam i ruszyłam ponownie. Chciał mnie kopnąć kopytem,ale uchyliłam się i przebiegłam pod jego nogą. Przejechałam mieczem po jego brzuchu. Kiedy zatrzymałam się przed nim,z brzucha trysnęło mu sporo krwi. Gardło niestety było zbyt grube i nie dostałam się do tchawicy. Ruszył na mnie z rogami. Przeskoczyłam nad nim wbijając mu miecz w kręgosłup. Usłyszałam jak chrupnęła mu kość. Wywrócił się. Przez dłuższy czas nie wstawał wyglądając na martwego. Podeszłam,żeby zabić go puki mam szansę. W tym momencie podciął mi nogi i przygniótł przednimi łapami. Nie mogłam oddychać. Mój miecz wylądował obok nas. Dosięgnęłam do niego tylną łapą i w ostatniej chwili wbiłam go w jego nogę. W chwili,kiedy zwijał się z bólu,doskoczyłam do mojej broni i pochwyciłam ją w pysk.
-To koniec.-Powiedziałam podchodząc do niego. On jednak nie zamierzał kończyć. Jego znamię przy oku zaczęło świecić.
-Oooo taaaaaak. To już koniec.-Zaczął się śmiać. Zdezorientowana nie wiedziałam z której strony zaatakuje. Całe pomieszczenie zaczęło świecić. Spod pękniętej ziemi widać było promienie światła. Grawitacja zaczęła mnie miażdżyć. Byłam na granicy wytrzymałości. Nie mam nikogo...mój cel...mój uczeń zginął...miłość wilków,które mnie kochały odrzuciłam...przyjaciół odtrąciłam...nikt nie będzie za mną tęsknił...zakończę to...teraz...-Odwinęłam bandaże z łap. W tak niewielkim pomieszczeniu moja magia zadziała również na mnie,ale nie mam innego wyjścia. Nigdy nie chciałam oglądać tych łap...spod bandaża dało się widzieć poparzone,na wpół zgnite łapy...to moje przekleństwo...kara za śmierć tak wielu istnień spowodowana przeze mnie. Za próba ratunku przyjaciela...wokół nich zaczął unosić się czarny dym.
-Tenebrarum-Szepnęłam. Wujek...nie...potwór był zdezorientowany.-ADORATE...PURE!-Krzyknęłam.-N...-Miałam dokończyć rzucać zaklęcie,kiedy usłyszałam głos Nuki:
-"Musisz walczyć! Jeśli przegrasz, zginiesz. Jeśli wygrasz, możesz żyć. Jeśli nie walczysz nie możesz wygrać!"-Powiedziałam mu to kiedyś podczas treningu...kiedy walczył z potworem i był bliski śmierci. Uśmiechnęłam się.
-Masz rację,Nuka. Zabiję go własnoręcznie,nawet jeśli to oznacza dużo gorszą śmierć,niż sobie gotowałam!-Pomyślałam. Zaczęłam się podnosić. Grawitacja wzrosła. Upadłam. Spróbowałam jeszcze raz. Udało się. Zaczęłam powoli iść w kierunku Akatsuki...
-Jak...przecież...przy takiej grawitacji...-Powiedział wystraszony. Uśmiechnęłam się.
-MYŚLISZ,ŻE TYLKO TYLE JEST W STANIE MNIE ZABIĆ?! PUKI MOGĘ SIĘ RUSZAĆ,SPRAW MI TROCHĘ ZABAWY I WAL WE MNIE Z CAŁEJ SIŁY!-Krzyknęłam uderzając się w pierś. Wściekły wziął swój topór. Ja podniosłam swój miecz. Grawitacja wróciła do normalności. Z okrzykiem wojennym ruszyłam na przeciwnika. On ruszył na mnie. Cięłam go jak nóż masło. Odcięłam mu drugi róg. Skruszyłam kopyta. "Przystrzygłam" ogon. Również oberwałam wiele razy. Ledwo trzymałam się na nogach i straciłam wiele krwi,gdy zadawałam ostatni cios.
-Tak...to już jest koniec...-Mruknęłam. Ostatkiem sił wydostałam się z "pieczary" pełnej krwi na czysty,biały śnieg. Kuśtykałam,plamiąc go krwią...teraz miałam ostatni cel...wrócić do watahy i tam skonać...
      Obudziłam się na polu cała obsypana śniegiem. Było mi zimno...nie czułam jednej łapy. Obwinęłam moje przednie łapy bandażem. Nie chciałam ich już oglądać. Jakimś cudem upolowałam królika i poszłam dalej....o ile można to nazwać chodzeniem. Po iluś przechodzonych kilometrach i sporej ilości wylanej krwi znów nastała ciemność...
<Co dalej? Coś zmieniło się w watasze przez te 4 lata?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz