-Nie znam cię.-Powiedziałam i poszłam w swoją stronę.
-Czekaj! Ty jesteś ta...-Skoczyła przede mnie.
-Nie,pomyliłaś mnie z kimś...-Powiedziałam wymijając ją.
-Już wiem! To ty jesteś mrocznym łowcą!-Wykrzyknęła. Zobaczyłam Corpoise,który nie zdążył daleko odejść.
-Ty jesteś mrocznym łowcą? Tym zabójcą? Przecież on żył setki lat temu...nie wyglądał jak ty...był czarny...
-Widzisz? Nie masz dowodów.-Zwróciłam się do Seleny.
-A ty nie jesteś nieśmiertelna?-Nie dawała za wygraną Sel.
-No właśnie,nie jesteś nieśmiertelna?-Zaśmiała się Tantibus.
-Daj już spokój.-Powiedziałam do niej.
-Nie,nie dam!-Powiedziała malutka.
-Nie do ciebie mówiłam...
-A do kogo? Chyba nie do Corpoise...
-Zostaw mnie.-Powiedziałam do całej trójki i pobiegłam. Zaczynało się ściemniać. Leżałam na skarpie oglądając zachodzące słońce. Obok mnie usiadła Tantibus.
-No,to się wydało,mroczny łowco! Ahahahahahah!
-Zamknij się...teraz jestem inna...
-Nic się nie zmieniłaś. Wciąż zabijasz,kochana. Ahahahahahhah.
-To były inne czasy...
-"Krew,więcej krwi! Chcę zabić więcej,więcej!" Pamiętasz tamte myśli? Podczas wony? Kochałaś zabijać ahahahahhah.
-To już przeszłość...
-Z kim rozmawiasz?-Z za krzaków wyszła Melody.
-Nie twoja sprawa...
-Cz-czy ty masz rozdwojenie jaźni?
-Skąd ci to niby przyszło do głowy?
-Hahahahahhaha! Właśnie rozmawiałaś ze sobą siedzącą obok ciebie! Ahahahahhahahahahhaahhahahah!-Tantibus zaczęła turlać się po ziemi ze śmiechu.
-Od jakiegoś czasu słyszałam twoje rozmowy ale nigdy nie widziałam osoby z którą rozmawiasz...
-MYLISZ SIĘ!-Tantibus znów chce przejąć moje ciało i wykrzyknęła to do Melody,która odskoczyła w pośpiechu.-WSZYSCY SIĘ MYLICIE! NIE ZNACIE MNIE! NIE MACIE PRAWA UDAWAĆ,ŻE WSZYSTKO JEST LUB BĘDZIE OK! WSZYSTKICH WAS NIENAWIDZĘ!-Krzyknęła i skoczyła na smoczycę,która w pośpiechu odleciała. Nie mogłam poruszać swoim ciałem a nikt nie wie,że to nie ja teraz mówię,czy ruszam się. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdy się ocknęłam,zobaczyłam krew na moich łapach,poczułam smak krwi w pysku i zakrwawione,zmasakrowane ciało Black. Łapy zaczęły mi się trząść. Obok stał przerażony Corpoise.
-Coś ty zrobiła?-Zaczął się cofać.-D-dla czego?-Nie mogłam się ruszyć. Źrenice mi się zwężyły,kiedy patrzyłam na to co zrobiła Tantibus...moimi łapami.
-Corpoise ja...przepraszam...to nie byłam ja...to...-Nie zdążyłam dokończyć,a on uciekł.-Jesteś zadowolona?-Warknęłam do sprawczyni już po ochłonięciu,kiedy siedziałam na skarpie patrząc w księżyc.
-I to bardzo! Wiesz jak bardzo błagała o pomoc?! Wykrzykiwała jego imię! Ahahahahahhahahahaha. Kiedy umierała w cierpieniu,jeszcze żyła,kiedy kończyłam z nią! Ahahahahahhahaha!
-ZAMKNIJ SIĘ!-Krzyknęłam zamykając oczy i zakrywając uszy łapami.
-A najlepsze były jej łzy i krzyki bólu!-Tantibus ciągnęła dalej. Z oczu poleciały mi łzy. To był pierwszy raz,kiedy to wymknęło się tak bardzo spod kontroli. Tantibus przybierała na sile i zabijała moimi łapami,zębami i mieczem.
Wtedy obudziłam się w swoim łóżku. To był tylko sen. Odetchnęłam z ulgą. Wtedy zobaczyłam krew na łapach i w pysku. Przerażona spadłam z łóżka. Skuliłam się w kłębek próbując sobie wmówić,że to był tylko sen,a krew nie należy do nikogo kogo znam. Może nawet jest ona od Tantibus.
<Co dalej Corpoise?>
sobota, 30 sierpnia 2014
Od Corpoise CD Timore
- Nic nie szkodzi a tobie nic nie jest ? - zapytałem bo w konicu byłem wielkim wilkiem a ona była drobna .
- Tak tak jestem Sel inaczej Selena - powiedziała
- a ja jestem Corpoise a to jest Timore - powiedziałem pokazując łapa na Timore
- Ej ja cie skąś znam - powiedziała Sel ... Ja po dłuższym przemyśleniu powiedziałem
- To ja pójdę do jaskini cześć ...
( A a ty Timore wiesz co to za wilczyca ? )
- a ja jestem Corpoise a to jest Timore - powiedziałem pokazując łapa na Timore
- Ej ja cie skąś znam - powiedziała Sel ... Ja po dłuższym przemyśleniu powiedziałem
- To ja pójdę do jaskini cześć ...
( A a ty Timore wiesz co to za wilczyca ? )
Od Timore CD Corpoise
Corpoise zaczął spadać tracąc kontrolę nad lotem poprzez wilczycę na którą wpadł.
-Uważaaaaj!-Krzyknęłam łapiąc go za łapę. Spowolniłam jego upadek. Kiedy byliśmy już na ziemi sprawczyni zamieszania też zleciała.
-Przepraszam!-Powiedziała. Nie znałam jej.
-N-nie szkodzi.-Powiedział Corpoise. Wyglądał,jakby mu się podobała.
<Co dalej Corpoise?>
-Uważaaaaj!-Krzyknęłam łapiąc go za łapę. Spowolniłam jego upadek. Kiedy byliśmy już na ziemi sprawczyni zamieszania też zleciała.
-Przepraszam!-Powiedziała. Nie znałam jej.
-N-nie szkodzi.-Powiedział Corpoise. Wyglądał,jakby mu się podobała.
<Co dalej Corpoise?>
Od Corpoise Do Timore
- N-nie wiedziałem ,że masz skrzydła - powiedziałem
- Eh tyle rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz - uśmiechnęła się i poleciała ja za nią nagle wpadła na mnie lecąca wilczyca ...
( Kto to jest Timore ? )
- Eh tyle rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz - uśmiechnęła się i poleciała ja za nią nagle wpadła na mnie lecąca wilczyca ...
( Kto to jest Timore ? )
Od Timore CD Corpoise
-Cieszę się,że wróciłeś-Odpowiedziałam jak zawsze bez entuzjazmu. Jednak naprawdę się cieszyłam.
-A-ale co tu się stało? Co tu się dzieje?
-Nic. Doszło kilka wilcząt...bawią się,hałasują...tak jest zawsze. Zwłaszcza,że miały długą przerwę...
-A-a...ty masz już szczeniaki?
-Zwariowałeś? Wyobrażasz sobie mnie i miłość? Bo ja nie.-Zaśmiałam się. On też się uśmiechnął.-Biegniemy?
-A-ale gdzie?
-Po prostu chodź!-Powiedziałam i zaczęłam biec przed siebie. Dobiegliśmy do wodospadu. Był przepiękny. Wskoczyłam do rzeki prowadzącej do niego. Corpoise był przestraszony o to,co się ze mną stanie,ale kiedy spadałam,rozłożyłam skrzydła i tylko się zaśmiałam z jego wystraszonej miny.
-Coś taki jakbyś ducha zobaczył?-Uśmiechnęłam się.
<Co dalej Corpoise?>
-A-ale co tu się stało? Co tu się dzieje?
-Nic. Doszło kilka wilcząt...bawią się,hałasują...tak jest zawsze. Zwłaszcza,że miały długą przerwę...
-A-a...ty masz już szczeniaki?
-Zwariowałeś? Wyobrażasz sobie mnie i miłość? Bo ja nie.-Zaśmiałam się. On też się uśmiechnął.-Biegniemy?
-A-ale gdzie?
-Po prostu chodź!-Powiedziałam i zaczęłam biec przed siebie. Dobiegliśmy do wodospadu. Był przepiękny. Wskoczyłam do rzeki prowadzącej do niego. Corpoise był przestraszony o to,co się ze mną stanie,ale kiedy spadałam,rozłożyłam skrzydła i tylko się zaśmiałam z jego wystraszonej miny.
-Coś taki jakbyś ducha zobaczył?-Uśmiechnęłam się.
<Co dalej Corpoise?>
Od Are Do Timore
- Faktycznie umiesz się bawić mamo - wtuliłam się w nią i zaczęłam płakać ona położyła mi łapę na głowie i powiedziała :
- Nie płacz - i przytuliła mnie to jest prawdziwa mama ..,.
- Nie płacz - i przytuliła mnie to jest prawdziwa mama ..,.
Od Corpoise Do Timore
Coraz dziwniej się zachowywała a ja zdając sobie sprawę ,że mnie nie lubi dałem sobie spokój z miłościami i postanowiłem odpocząć z dala od watahy . Kiedy po 5 miesiącach wróciłem dział się straszny chaos w watasze nie wiedziałem o co chodzi więc spytałem Timore ale ona powiedziała tylko :
( Co powiedziałaś Timore ? )
( Co powiedziałaś Timore ? )
piątek, 29 sierpnia 2014
Od Timore cz.2
Obudził mnie mglisty poranek na oszronionej łące. Malutkie drobiny grudniowego śniegu spadały mi na nos i powolutku znikały. Odetchnęłam porannym,rześkim powietrzem,a z mojego pyska poleciała para. Wstałam,otrzepałam się ze śniegu,który na mnie spadł i ruszyłam dalej. Tak to jest mieszkać w watasze...trzeba szukać drogi do domu. Tak,to bym odeszła gdzieś daleko od ludzi i to by wystarczyło...nie musiałabym szukać teraz drogi...spojrzałam w górę. Z każdym oddechem z ust wylatywała mi para.
-Ale ziąb.-Powiedziałam do siebie i poszłam dalej. Kiedy tak szłam,poczułam zapach sarny. Zaczaiłam się i skoczyłam na przyszłą ofiarę. Po zjedzeniu ruszyłam dalej. Dni mijały tak samo. Dzień w dzień ani śladu po żadnych wilkach. Noc w noc wyłam do księżyca z nadzieją,że ktoś mnie usłyszy i da swój znak...na prawdę miałam już dosyć tej niewiedzy gdzie jestem.
-Ahahahahhah. Więc zgubiłaś się,co?-Obok mnie pojawiła się Tantibus.
-A co,może znasz drogę? Jeśli tak,to prowadź. Nie zapominaj,że ty zgubiłaś się ze mną...
-Nie dasz się pośmiać starej wilczycy?
-Jesteśmy w tym samym wieku...
-No właśnie! Tylko,że ty jesteś jeszcze szczeniakiem,a ja już jestem dorosła,prawie babcia ahahahahahhahahahahahah.
-Niedorzeczność....zachowujesz się jak małe dziecko...
-Wiedz,że jestem tobą.
-Tak,tak. Obie to wiemy.
-A może byś sobie pozabijała kilka wilków,które są tu niedaleko?
-Zwariowałaś? Nie jestem mordercą...nie zabijam bez powodu...
-Do kogo mówisz?-Zapytał mnie jakiś czerwony wilk stojący obok krzaków.
-A co cię to?-Zapytałam.
-Niemiła jak zawsze.-Powiedziała Tantibus.
-Zamknij się...
-Przecież nic nie powiedziałem...-Powiedział nieznajomy.
-Nie do ciebie mówię...
-A do kogo?-Zapytał zmieszany.
-Oni mnie nie widzą. Przecież ci mówiłam,że jestem tobą...widzi nas obie ale w tym ciele-Pokazała na mnie.
-Daj mi spokój.-Nie byłam pewna,czy mówię do wilka czy...mnie.
-Może pomogę? Wyglądasz...jakbyś czegoś szukała...
-Nie twoja sprawa...-Powiedziałam i odeszłam. Po wielu godzinach spędzonych na chodzeniu,usłyszałam głośny huk i poczułam przenikający ból w żebrach. Później następny huk,który sprawił,że przestałam czuć jedną z łap. Chciałam rozwinąć skrzydła i zabić człowieka,ale zestrzelił mi skrzydło...szybko go zlokalizowałam i skoczyłam na niego. Kolejny huk...tak boli...mój brzuch...rozszarpałam mu gardło. Czemu go nie wyczułam? Nie mogłam latać,kulałam,miałam problem z oddychaniem i krztusiłam się krwią...chciałabym powiedzieć,że bywało gorzej...ale teraz byłam w bardziej beznadziejnej sytuacji niż mi się na początku zdawało..."Zabij albo bądź zabity" tego mnie uczono...przez te 2 tysiące lat...żyłam samotnie...mieszkałam tam gdzie przebywałam w danym momencie...żyłam z dnia na dzień...nigdy nie miałam stałego miejsca zamieszkania...jaskini...a potem spotkałam jakąś dziwną wilczycę,która się do mnie przyczepiła i nim się obejrzałam miałam jaskinię,towarzyszkę...przyjaciół...zmieniłam się...zmiękłam...a to wszystko przez jedną wścibską wilczycę...niedorzeczność...-uśmiechnęłam się. Leżałam na śniegu splamionym krwią...czerwienią...uchodziło ze mnie życie...miałam dobre życie...byłam niepokonana w walkach,mam dobre wspomnienia...złe...
...Obudziłam się nie wiem ile czasu po tym. Byłam cała przykryta śniegiem i było mi zimno. Powoli zaczęłam wstawać ignorując ból.
-Kto tu chce umierać?-Zapytałam sama siebie.-Obiecałam sobie przecież,że umrę z mojej wiosce...nie zamierzam zniknąć z tego świata niezauważona,nie wiedząc nawet gdzie jestem. Heh. Nie będę tu leżeć tak bez czynnie.-Zakrztusiłam się krwią. Wyplułam sporo krwi...zaczęłam kuśtykać przed siebie ciągnąc za sobą skrzydło,którego nie mogłam schować. Szłam tak kilka godzin,aż upadłam i zemdlałam. Ostatni obraz jaki zobaczyłam,to zbliżająca się znajoma mi wilczyca...nie możliwe...FIDEI?!
Obudziłam się w jakimś namiocie. Kiedy z niego wyszłam,zobaczyłam moją rodzinną wioskę! Niedaleko bawiły się szczeniaki. Jeden z nich...boże...Taloo...z oczu poleciały mi łzy...zawołała mnie:
-Timore! Chodź,co tak stoisz? Pobaw się z nami!
-Już biegnę!-Zaśmiałam się przez łzy. W momencie kiedy miałam złapać Taloo za łapę,ona zaczęła się oddalać...nie...ziemia na której stała zaczęła się oddalać rozstępując się między nami. Niebo zaczęło czernieć. Cała wioska była po drugiej stronie,a ja stałam sama. Widziałam jak ludzie dewastują nasze plemię,palą namioty,zabijają rodzinę i przyjaciół. Próbowałam krzyczeć,ale im bardziej tego pragnęłam,tym bardziej nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam do nich skoczyć,uratować,ale im bardziej chciałam to zrobić,tym bardziej nie mogłam się ruszyć
Zerwałam się z łóżka ja którym leżałam jak oparzona. Gorączkowo rozejrzałam się po jaskini w której leżałam. Zobaczyłam bandaże na ranach i...Fidei. Moją przyjaciółkę...siostrę...
<Co dalej Fidei?>
-Ale ziąb.-Powiedziałam do siebie i poszłam dalej. Kiedy tak szłam,poczułam zapach sarny. Zaczaiłam się i skoczyłam na przyszłą ofiarę. Po zjedzeniu ruszyłam dalej. Dni mijały tak samo. Dzień w dzień ani śladu po żadnych wilkach. Noc w noc wyłam do księżyca z nadzieją,że ktoś mnie usłyszy i da swój znak...na prawdę miałam już dosyć tej niewiedzy gdzie jestem.
-Ahahahahhah. Więc zgubiłaś się,co?-Obok mnie pojawiła się Tantibus.
-A co,może znasz drogę? Jeśli tak,to prowadź. Nie zapominaj,że ty zgubiłaś się ze mną...
-Nie dasz się pośmiać starej wilczycy?
-Jesteśmy w tym samym wieku...
-No właśnie! Tylko,że ty jesteś jeszcze szczeniakiem,a ja już jestem dorosła,prawie babcia ahahahahahhahahahahahah.
-Niedorzeczność....zachowujesz się jak małe dziecko...
-Wiedz,że jestem tobą.
-Tak,tak. Obie to wiemy.
-A może byś sobie pozabijała kilka wilków,które są tu niedaleko?
-Zwariowałaś? Nie jestem mordercą...nie zabijam bez powodu...
-Do kogo mówisz?-Zapytał mnie jakiś czerwony wilk stojący obok krzaków.
-A co cię to?-Zapytałam.
-Niemiła jak zawsze.-Powiedziała Tantibus.
-Zamknij się...
-Przecież nic nie powiedziałem...-Powiedział nieznajomy.
-Nie do ciebie mówię...
-A do kogo?-Zapytał zmieszany.
-Oni mnie nie widzą. Przecież ci mówiłam,że jestem tobą...widzi nas obie ale w tym ciele-Pokazała na mnie.
-Daj mi spokój.-Nie byłam pewna,czy mówię do wilka czy...mnie.
-Może pomogę? Wyglądasz...jakbyś czegoś szukała...
-Nie twoja sprawa...-Powiedziałam i odeszłam. Po wielu godzinach spędzonych na chodzeniu,usłyszałam głośny huk i poczułam przenikający ból w żebrach. Później następny huk,który sprawił,że przestałam czuć jedną z łap. Chciałam rozwinąć skrzydła i zabić człowieka,ale zestrzelił mi skrzydło...szybko go zlokalizowałam i skoczyłam na niego. Kolejny huk...tak boli...mój brzuch...rozszarpałam mu gardło. Czemu go nie wyczułam? Nie mogłam latać,kulałam,miałam problem z oddychaniem i krztusiłam się krwią...chciałabym powiedzieć,że bywało gorzej...ale teraz byłam w bardziej beznadziejnej sytuacji niż mi się na początku zdawało..."Zabij albo bądź zabity" tego mnie uczono...przez te 2 tysiące lat...żyłam samotnie...mieszkałam tam gdzie przebywałam w danym momencie...żyłam z dnia na dzień...nigdy nie miałam stałego miejsca zamieszkania...jaskini...a potem spotkałam jakąś dziwną wilczycę,która się do mnie przyczepiła i nim się obejrzałam miałam jaskinię,towarzyszkę...przyjaciół...zmieniłam się...zmiękłam...a to wszystko przez jedną wścibską wilczycę...niedorzeczność...-uśmiechnęłam się. Leżałam na śniegu splamionym krwią...czerwienią...uchodziło ze mnie życie...miałam dobre życie...byłam niepokonana w walkach,mam dobre wspomnienia...złe...
...Obudziłam się nie wiem ile czasu po tym. Byłam cała przykryta śniegiem i było mi zimno. Powoli zaczęłam wstawać ignorując ból.
-Kto tu chce umierać?-Zapytałam sama siebie.-Obiecałam sobie przecież,że umrę z mojej wiosce...nie zamierzam zniknąć z tego świata niezauważona,nie wiedząc nawet gdzie jestem. Heh. Nie będę tu leżeć tak bez czynnie.-Zakrztusiłam się krwią. Wyplułam sporo krwi...zaczęłam kuśtykać przed siebie ciągnąc za sobą skrzydło,którego nie mogłam schować. Szłam tak kilka godzin,aż upadłam i zemdlałam. Ostatni obraz jaki zobaczyłam,to zbliżająca się znajoma mi wilczyca...nie możliwe...FIDEI?!
Obudziłam się w jakimś namiocie. Kiedy z niego wyszłam,zobaczyłam moją rodzinną wioskę! Niedaleko bawiły się szczeniaki. Jeden z nich...boże...Taloo...z oczu poleciały mi łzy...zawołała mnie:
-Timore! Chodź,co tak stoisz? Pobaw się z nami!
-Już biegnę!-Zaśmiałam się przez łzy. W momencie kiedy miałam złapać Taloo za łapę,ona zaczęła się oddalać...nie...ziemia na której stała zaczęła się oddalać rozstępując się między nami. Niebo zaczęło czernieć. Cała wioska była po drugiej stronie,a ja stałam sama. Widziałam jak ludzie dewastują nasze plemię,palą namioty,zabijają rodzinę i przyjaciół. Próbowałam krzyczeć,ale im bardziej tego pragnęłam,tym bardziej nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam do nich skoczyć,uratować,ale im bardziej chciałam to zrobić,tym bardziej nie mogłam się ruszyć
Zerwałam się z łóżka ja którym leżałam jak oparzona. Gorączkowo rozejrzałam się po jaskini w której leżałam. Zobaczyłam bandaże na ranach i...Fidei. Moją przyjaciółkę...siostrę...
<Co dalej Fidei?>
Od Timore
Oparłam się plecami o Melody.
-Końca nie widać...-Powiedziałam co chwilę waląc zbliżającego się stwora.
-Myślisz o tym samym co ja?-Zapytała.
-Chcę się trochę pobawić...-Powiedziałam.-To ich wszystkich wykończy i nie będzie zabawy...
-Hah. Masz rację. Ja też chcę mieć ubaw.
-To do dzieła!-Pobiegłyśmy każda w swoją stronę. Lubiłam walczyć z dużą ilością przeciwników,ale ich było strasznie dużo i słabych...za słabych...westchnęłam i wyjęłam mój miecz z pochwy umieszczonej na swoim boku. To był mój jeden z dwóch mieczy. Nazywał się "Miecz wiatru i ognia"
Zamknęłam na chwilę oczy. Gdy je otworzyłam popędziłam na przeciwników. To było jak taniec...hipnoza...mój miecz ciął i ciął ciała potworów,których cały czas przybywało. Odcinałam głowy,łapy,skakałam,by wbić swoje ostrze w plecy innego cienia. "Więcej,więcej krwi,ciąć,ciąć,ciąć! Krew! Tak,krew! Więcej,więcej,więcej! Chcę więcej! Wciąż mało. Tak,tak,tak jeszcze,jeszcze!" Usłyszałam Tantibus. Wilczycę z lustra. Mnie. Wtedy zorientowałam się,że już nie ma czego ciąć. Zabiłam wszystkie...cienie,które tam były. Walka skończona. Odetchnęłam z ulgą. Moja choroba nie przejęła nade mną władzy...prawda?
-Hej! Co to było? Twoja sierść zrobiła się czarna,tak widziałam z góry.-Nie,nie,nie! Przejęła władzę?
-Heh. Zdawało ci się. Cienie też są czarne. Może jakiś mnie przesłonił. To była świetna walka,co nie?
-Tak!-Powiedziała ucieszona.-Dobra,nie domyśliła się...nie mogę tego cały czas trzymać w tajemnicy. Weszłyśmy do dolinki,do której miałyśmy się dostać,ale przeszkodziły nam cienie. Podczas drogi śmiałyśmy się i gadałyśmy...wszystko było....jak dawniej...po jakimś czasie,Melody stanęła jak wyryta. Jej źrenice drżały,a w oczach wyraźnie widać było strach i załamanie. Podążyłam za jej wzrokiem. Piękna polana,na którą zmierzałyśmy,daleko od watahy,strzeżona przez cienie...nie istniała....była tylko pustka wypełniona kośćmi licznych zwierząt...Zacisnęłam zęby.
-Ludzie...-Syknęłam i zaczęłam biec przed siebie.-Zostań Melody!-Krzyknęłam i zniknęłam z jej pola widzenia. Czułam jeszcze ich zapach,całkiem świeży...nie możliwe,żeby ta masakra wydarzyła się niedawno,ale odwiedzili to miejsce. Z wciąż zaciśniętymi zębami biegłam ile sił w łapach za zapachem. Dotarłam do rzadkiego lasku. Po kilku chwilach byłam już po drugiej stronie. Wyskoczyłam z za krzaka na jednego z ludzi i wbiłam mu się w szyję. Kiedy stanęłam na ziemi inny zaczął do mnie celować z...pisto...letu...wystrzelił zanim do niego doskoczyłam. Drasnął mnie w bok,ale i tak rozszarpałam mu szyję. Inny zaczął uciekać,nie uszedł 10 kroków a doskoczyłam do niego i wgryzłam się w szyję. Miałam zakrwawiony pysk i nienawiść w oczach. Nim się spostrzegłam,poczułam ukłucie w barku. Kiedy tam spojrzałam,nie było rany,ale jakaś czerwona strzałka...jak mogłam nie zauważyć tamtego człowieka? Zdążyłam jeszcze doskoczyć do niego i skręcić mu kark,oraz zrobić to samo z jego towarzyszem,kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Upadłam. Widziałam jeszcze tylko jak jeden człowiek nieufnie do mnie podchodził,z jednego zrobiło się dwóch...
....Obudziłam się w jakimś ciemnym...czymś...otaczały mnie kraty,a w samym pomieszczeniu było bardzo ciasno. Że też musiałam zostawić miecz u Melody. Pomyślałam,że szybciej dotrę do ludzi bez niego,a zabicie będzie pestką...tak samo jak dla nich pestką było zrobienie tej masakry...jeszcze czułam na nich krew tych zwierząt...wilków...zaczęłam z całej siły gryźć kraty. Po jakimś czasie,poczułam pęknięcie w jednym z zębów. Był to jeden ząb z boku. Te kraty były stalowe...mimo wszystko próbowałam dalej. Waliłam w nie,próbowałam wyważyć,gryzłam,ale one nawet nie drgnęły. Wtedy wóz się zatrzymał. Upadłam na ścianę z krat i spadłam na ziemię. Szybko jednak stanęłam na baczność i obserwowałam co się stanie...tam,gdzie mnie wywieźli było strasznie głośno. Dużo...(chyba) ludzi krzyczało "Sprzedam to!","Sprzedam tamto!". Kiedy odsłonili płachtę przykrywającą moje więzienie ukazał mi się...targ. Widywałam je już wcześniej,ale prowadzony przez zwierzęta...człowiek,który odsłonił klatkę spojrzał mi głęboko w oczy. Nie myśląc wiele rzuciłam się na niego,ale jedyne co osiągnęłam,to bolesne uderzenie w nos i podskoczenie klatki przywiązanej lianą. Po kilku minutach do mojej klatki podszedł jakiś mężczyzna...obejrzał mnie uważnie i zaczął rozmawiać z facetem,który mnie uwięził. Po dwóch minutach byłam prowadzona na sznurku. Gryzłam go,próbowałam też zagryźć faceta,który mnie prowadził,ale sznur był twardy...jak stal... próbowałam gryźć tak zwaną obrożę,ale nie mogłam dosięgnąć. Po jakimś czasie doszliśmy do jakiegoś miejsca,w którym było pełno klatek. On jednak zaprowadził mnie do swojej dziwnej ludzkiej jaskini i zamknął w jakimś pokoju z innymi psami.
-Zapoznajcie się.-Powiedział i poszedł. Wszystkie psy się zebrały wokół mnie.
-Proszę proszę,kogo my tu mamy. Leśnego wilczka. Co jest,zgubiłaś się,mała?-Zapytał jeden drwiąco. Przygniotłam go na ziemię warcząc.
-Zamilcz.-Powiedziałam. On wystraszony odpowiedział:
-Dobra,dobra. Przepraszam...-Puściłam go. Wtedy zaczął mówić drugi pies.
-Ignoruj go,on tak zawsze. Ma na imię Bolt,a ja jestem Frosh.
-Co tam się dzieje? Chłopcy,kim ona jest?-Zapytała jakaś szaro-biała suczka.
-To jest Saba-Powiedział Frosh wskazując na pytającą.
-Ja mam na imię Lizz-Powiedziała lisiczka,która wyłoniła się spośród psów. Czułam leciutki powiew lisa,ale zaskoczyła mnie.
-Ja...yyy...ja mam na imię Taq. Mów mi Taco.-Powiedziała nieśmiało zielona suczka.
-Ja,jestem Hovl. Mów mi Havi!
-Jestem Lecktor.
-Wittaaaaajjjjjjj! Jestem Elize!
-Siemasz,jestem Toboe. Mów mi Tobi!
-Ja...mam...na...imię...Yui...a...ty? Jak maś na imię?
-Nie wasza sprawa.-Powiedziałam cicho oglądając uważnie drzwi.
-Uch,jaka nie miła.-Szepnął Lecktor. Zignorowałam go i skoczyłam na klamkę. Trochę się poszarpałam,ale ześliznęłam się. Była okrągła,co uniemożliwiało mi jej otwarcie. Zaczęłam drapać drzwi i skakać na nie próbując je wyważyć.
-C-co ty robisz?!-Zapytała spanikowana Elize.
-Nie widać? Próbuję się wydostać.
-Nie da się. Są wzmocnione czymśtam.-Powiedział Tobi.
-Mam to gdzieś! Uh.-Moja rana od postrzału zaczęła dawać się we znaki.
-T-t-t-t-ty krwawisz!-Krzyknęła wystraszona Taco.
-To nic! Uh (uderzam w drzwi),muszę Uh się Uh wydostać Uh.-Wtedy drzwi się otworzyły,a w nich stanął człowiek,który mnie tu zabrał.
-Co się tu...-Nie zdążył dokończyć zdania,kiedy na niego skoczyłam. Jednak gdy miałam go zabić,poczułam na sobie błagalne spojrzenia psów i liska...jestem za miękka....uciekłam poprzez wybicie szyby i pobiegłam drogą,którą szliśmy poprzednio. Muszę dokonać zemsty. Jednak,wozu moich "porywaczy" już nie było. Poszłam za ich tropem i trafiłam do jakiejś drewnianej chatki...
Po zabiciu dwóch ostatnich morderców postanowiłam wrócić do watahy,ale było jedno ale...jak? Sprawę pogorszył mocny deszcz,który zaczął padać. Rozłożyłam skrzydła i wzniosłam się w górę,by zobaczyć gdzie jestem. Jednak,musiałam spać wiele godzin w mojej klatce,skoro nigdzie nie było nawet śladu doliny,którą opuściłam biegnąc za ludźmi. Postanowiłam szukać właściwej drogi,aż znajdę...jest lato,więc pogoda powinna mi sprzyjać...pomijając dzisiaj.
C.D.N
-Końca nie widać...-Powiedziałam co chwilę waląc zbliżającego się stwora.
-Myślisz o tym samym co ja?-Zapytała.
-Chcę się trochę pobawić...-Powiedziałam.-To ich wszystkich wykończy i nie będzie zabawy...
-Hah. Masz rację. Ja też chcę mieć ubaw.
-To do dzieła!-Pobiegłyśmy każda w swoją stronę. Lubiłam walczyć z dużą ilością przeciwników,ale ich było strasznie dużo i słabych...za słabych...westchnęłam i wyjęłam mój miecz z pochwy umieszczonej na swoim boku. To był mój jeden z dwóch mieczy. Nazywał się "Miecz wiatru i ognia"
Zamknęłam na chwilę oczy. Gdy je otworzyłam popędziłam na przeciwników. To było jak taniec...hipnoza...mój miecz ciął i ciął ciała potworów,których cały czas przybywało. Odcinałam głowy,łapy,skakałam,by wbić swoje ostrze w plecy innego cienia. "Więcej,więcej krwi,ciąć,ciąć,ciąć! Krew! Tak,krew! Więcej,więcej,więcej! Chcę więcej! Wciąż mało. Tak,tak,tak jeszcze,jeszcze!" Usłyszałam Tantibus. Wilczycę z lustra. Mnie. Wtedy zorientowałam się,że już nie ma czego ciąć. Zabiłam wszystkie...cienie,które tam były. Walka skończona. Odetchnęłam z ulgą. Moja choroba nie przejęła nade mną władzy...prawda?
-Hej! Co to było? Twoja sierść zrobiła się czarna,tak widziałam z góry.-Nie,nie,nie! Przejęła władzę?
-Heh. Zdawało ci się. Cienie też są czarne. Może jakiś mnie przesłonił. To była świetna walka,co nie?
-Tak!-Powiedziała ucieszona.-Dobra,nie domyśliła się...nie mogę tego cały czas trzymać w tajemnicy. Weszłyśmy do dolinki,do której miałyśmy się dostać,ale przeszkodziły nam cienie. Podczas drogi śmiałyśmy się i gadałyśmy...wszystko było....jak dawniej...po jakimś czasie,Melody stanęła jak wyryta. Jej źrenice drżały,a w oczach wyraźnie widać było strach i załamanie. Podążyłam za jej wzrokiem. Piękna polana,na którą zmierzałyśmy,daleko od watahy,strzeżona przez cienie...nie istniała....była tylko pustka wypełniona kośćmi licznych zwierząt...Zacisnęłam zęby.
-Ludzie...-Syknęłam i zaczęłam biec przed siebie.-Zostań Melody!-Krzyknęłam i zniknęłam z jej pola widzenia. Czułam jeszcze ich zapach,całkiem świeży...nie możliwe,żeby ta masakra wydarzyła się niedawno,ale odwiedzili to miejsce. Z wciąż zaciśniętymi zębami biegłam ile sił w łapach za zapachem. Dotarłam do rzadkiego lasku. Po kilku chwilach byłam już po drugiej stronie. Wyskoczyłam z za krzaka na jednego z ludzi i wbiłam mu się w szyję. Kiedy stanęłam na ziemi inny zaczął do mnie celować z...pisto...letu...wystrzelił zanim do niego doskoczyłam. Drasnął mnie w bok,ale i tak rozszarpałam mu szyję. Inny zaczął uciekać,nie uszedł 10 kroków a doskoczyłam do niego i wgryzłam się w szyję. Miałam zakrwawiony pysk i nienawiść w oczach. Nim się spostrzegłam,poczułam ukłucie w barku. Kiedy tam spojrzałam,nie było rany,ale jakaś czerwona strzałka...jak mogłam nie zauważyć tamtego człowieka? Zdążyłam jeszcze doskoczyć do niego i skręcić mu kark,oraz zrobić to samo z jego towarzyszem,kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Upadłam. Widziałam jeszcze tylko jak jeden człowiek nieufnie do mnie podchodził,z jednego zrobiło się dwóch...
....Obudziłam się w jakimś ciemnym...czymś...otaczały mnie kraty,a w samym pomieszczeniu było bardzo ciasno. Że też musiałam zostawić miecz u Melody. Pomyślałam,że szybciej dotrę do ludzi bez niego,a zabicie będzie pestką...tak samo jak dla nich pestką było zrobienie tej masakry...jeszcze czułam na nich krew tych zwierząt...wilków...zaczęłam z całej siły gryźć kraty. Po jakimś czasie,poczułam pęknięcie w jednym z zębów. Był to jeden ząb z boku. Te kraty były stalowe...mimo wszystko próbowałam dalej. Waliłam w nie,próbowałam wyważyć,gryzłam,ale one nawet nie drgnęły. Wtedy wóz się zatrzymał. Upadłam na ścianę z krat i spadłam na ziemię. Szybko jednak stanęłam na baczność i obserwowałam co się stanie...tam,gdzie mnie wywieźli było strasznie głośno. Dużo...(chyba) ludzi krzyczało "Sprzedam to!","Sprzedam tamto!". Kiedy odsłonili płachtę przykrywającą moje więzienie ukazał mi się...targ. Widywałam je już wcześniej,ale prowadzony przez zwierzęta...człowiek,który odsłonił klatkę spojrzał mi głęboko w oczy. Nie myśląc wiele rzuciłam się na niego,ale jedyne co osiągnęłam,to bolesne uderzenie w nos i podskoczenie klatki przywiązanej lianą. Po kilku minutach do mojej klatki podszedł jakiś mężczyzna...obejrzał mnie uważnie i zaczął rozmawiać z facetem,który mnie uwięził. Po dwóch minutach byłam prowadzona na sznurku. Gryzłam go,próbowałam też zagryźć faceta,który mnie prowadził,ale sznur był twardy...jak stal... próbowałam gryźć tak zwaną obrożę,ale nie mogłam dosięgnąć. Po jakimś czasie doszliśmy do jakiegoś miejsca,w którym było pełno klatek. On jednak zaprowadził mnie do swojej dziwnej ludzkiej jaskini i zamknął w jakimś pokoju z innymi psami.
-Zapoznajcie się.-Powiedział i poszedł. Wszystkie psy się zebrały wokół mnie.
-Proszę proszę,kogo my tu mamy. Leśnego wilczka. Co jest,zgubiłaś się,mała?-Zapytał jeden drwiąco. Przygniotłam go na ziemię warcząc.
-Zamilcz.-Powiedziałam. On wystraszony odpowiedział:
-Dobra,dobra. Przepraszam...-Puściłam go. Wtedy zaczął mówić drugi pies.
-Ignoruj go,on tak zawsze. Ma na imię Bolt,a ja jestem Frosh.
-Co tam się dzieje? Chłopcy,kim ona jest?-Zapytała jakaś szaro-biała suczka.
-To jest Saba-Powiedział Frosh wskazując na pytającą.
-Ja mam na imię Lizz-Powiedziała lisiczka,która wyłoniła się spośród psów. Czułam leciutki powiew lisa,ale zaskoczyła mnie.
-Ja...yyy...ja mam na imię Taq. Mów mi Taco.-Powiedziała nieśmiało zielona suczka.
-Ja,jestem Hovl. Mów mi Havi!
-Jestem Lecktor.
-Wittaaaaajjjjjjj! Jestem Elize!
-Siemasz,jestem Toboe. Mów mi Tobi!
-Ja...mam...na...imię...Yui...a...ty? Jak maś na imię?
-Nie wasza sprawa.-Powiedziałam cicho oglądając uważnie drzwi.
-Uch,jaka nie miła.-Szepnął Lecktor. Zignorowałam go i skoczyłam na klamkę. Trochę się poszarpałam,ale ześliznęłam się. Była okrągła,co uniemożliwiało mi jej otwarcie. Zaczęłam drapać drzwi i skakać na nie próbując je wyważyć.
-C-co ty robisz?!-Zapytała spanikowana Elize.
-Nie widać? Próbuję się wydostać.
-Nie da się. Są wzmocnione czymśtam.-Powiedział Tobi.
-Mam to gdzieś! Uh.-Moja rana od postrzału zaczęła dawać się we znaki.
-T-t-t-t-ty krwawisz!-Krzyknęła wystraszona Taco.
-To nic! Uh (uderzam w drzwi),muszę Uh się Uh wydostać Uh.-Wtedy drzwi się otworzyły,a w nich stanął człowiek,który mnie tu zabrał.
-Co się tu...-Nie zdążył dokończyć zdania,kiedy na niego skoczyłam. Jednak gdy miałam go zabić,poczułam na sobie błagalne spojrzenia psów i liska...jestem za miękka....uciekłam poprzez wybicie szyby i pobiegłam drogą,którą szliśmy poprzednio. Muszę dokonać zemsty. Jednak,wozu moich "porywaczy" już nie było. Poszłam za ich tropem i trafiłam do jakiejś drewnianej chatki...
Po zabiciu dwóch ostatnich morderców postanowiłam wrócić do watahy,ale było jedno ale...jak? Sprawę pogorszył mocny deszcz,który zaczął padać. Rozłożyłam skrzydła i wzniosłam się w górę,by zobaczyć gdzie jestem. Jednak,musiałam spać wiele godzin w mojej klatce,skoro nigdzie nie było nawet śladu doliny,którą opuściłam biegnąc za ludźmi. Postanowiłam szukać właściwej drogi,aż znajdę...jest lato,więc pogoda powinna mi sprzyjać...pomijając dzisiaj.
C.D.N
sobota, 23 sierpnia 2014
Od Timore CD Corpoise
-Niedorzeczność.-Mruknęłam pod nosem i wróciłam do jaskini. W drodze powrotnej wpadłam na Dark,która wyglądała na wściekłą.
-Jeśli odbijesz mi Corpoise,słono za to zapłacisz!-Syknęła.
-Nie zamierzam ci go odbić. Bierz se go. I nie zwracaj się do mnie tym tonem!-Powiedziałam i odeszłam. Przed snem myślałam sobie jeszcze: "Niedorzeczność. Miłość. Po co komu miłość? Umie tylko zranić...nie istnieje coś takiego jak prawdziwa miłość...znamy się od tygodnia,a on już myśli,że mnie kocha...l-lubię go...n-na prawdę go lubię,ale to nie jest miłość...o czym ja myślę! PRZESTAŃ! Nie masz przyjaciół! Wszyscy cię opuścili i teraz też tak będzie! Nie ma miłości! Nie lubisz ani jego,ani nawet Melody tak samo jak Ary! Ale...Nie ma żadnych Ale!" Zacisnęłam powieki,z których popłynęły łzy.
-Heh.-Uśmiechnęłam się.-Zrobiłaś się strasznie strasznie miękka. Aż szkoda patrzeć.-Spojrzałam na postać,która wypowiedziała te słowa. To był wilk z lustra.
-Uwolnisz w końcu moją moc,czy dalej będziesz sobie wmawiać,że nie masz ze mną nic wspólnego i będziesz modyfikować swoją pamięć?-Zapytała ze zniecierpliwieniem,ale bawiła ją nasza rozmowa.-Wiesz,że się ode mnie nie uwolnisz. To skaza na cale życie.
-Wiesz,że właśnie nazwałaś siebie skazą?
-Podoba mi się to określenie.-Zaśmiała się i oblizała wargi.
-Nie łaź za mną wszędzie...
-Ahahahahahahhahahahahahahahahhahaha haha ahhahahahahhahahahahhaha hah!-Nie mogła złapać tchu i prawie zaczęła kaszleć.-Ehum...hah...wiesz,że jestem tobą,twoim cieniem. Tak samo jakbyś poprosiła o to samo swoje ciało ahahahahah.
-Heh.-Uśmiechnęłam się.
-Robisz się coraz bardziej podobna do mnie.
-Niby dlaczego?-Przestałam się uśmiechać.
-Śmiejesz się z cierpienia innych...albo z tej rozmowy...kiedyś stawiałaś większy opór i nawet mnie ignorowałaś. Powiem,że czułam się urażona...byłaś bardziej oziębła...
-Nie zmieniam się przez ciebie...każdy się zmienia raz na jakiś czas...a ja w końcu mam już 2 tysiące lat. Cóż...wciąż jestem młoda,ale życie w samotności tak na mnie wpływa...
-Gadasz jak staruszka z zepsutym wzrokiem. Ahahahahahahhah.
-Widzę,że masz dobry dzień dzisiaj...
-No ba! Przed chwilą odrzuciłaś miłość faceta,który kocha cię szczerze! Ahahahahhahaha.
-No i? Pocierpi,nauczy się...
-A ty czujesz do niego to samo.-Powiedziała mi do ucha. Kłapnęłam na nią zębami.
-Wcale nie!
-Ahahahahahhahah zachowujesz się jak pięciolatka...w sumie 2 tysiące to nie tak dużo...wciąż jesteś szczeniaczkiem...ahahahahhahahahaahah
-Wracaj do siebie...-Powiedziałam kładąc się spać.
-To ty tu jesteś dziwna! Ahahahahahahahahah.-Powiedziała po czym zniknęła.
<Co u Ciebie Corpoise?>
-Jeśli odbijesz mi Corpoise,słono za to zapłacisz!-Syknęła.
-Nie zamierzam ci go odbić. Bierz se go. I nie zwracaj się do mnie tym tonem!-Powiedziałam i odeszłam. Przed snem myślałam sobie jeszcze: "Niedorzeczność. Miłość. Po co komu miłość? Umie tylko zranić...nie istnieje coś takiego jak prawdziwa miłość...znamy się od tygodnia,a on już myśli,że mnie kocha...l-lubię go...n-na prawdę go lubię,ale to nie jest miłość...o czym ja myślę! PRZESTAŃ! Nie masz przyjaciół! Wszyscy cię opuścili i teraz też tak będzie! Nie ma miłości! Nie lubisz ani jego,ani nawet Melody tak samo jak Ary! Ale...Nie ma żadnych Ale!" Zacisnęłam powieki,z których popłynęły łzy.
-Heh.-Uśmiechnęłam się.-Zrobiłaś się strasznie strasznie miękka. Aż szkoda patrzeć.-Spojrzałam na postać,która wypowiedziała te słowa. To był wilk z lustra.
-Uwolnisz w końcu moją moc,czy dalej będziesz sobie wmawiać,że nie masz ze mną nic wspólnego i będziesz modyfikować swoją pamięć?-Zapytała ze zniecierpliwieniem,ale bawiła ją nasza rozmowa.-Wiesz,że się ode mnie nie uwolnisz. To skaza na cale życie.
-Wiesz,że właśnie nazwałaś siebie skazą?
-Podoba mi się to określenie.-Zaśmiała się i oblizała wargi.
-Nie łaź za mną wszędzie...
-Ahahahahahahhahahahahahahahahhahaha haha ahhahahahahhahahahahhaha hah!-Nie mogła złapać tchu i prawie zaczęła kaszleć.-Ehum...hah...wiesz,że jestem tobą,twoim cieniem. Tak samo jakbyś poprosiła o to samo swoje ciało ahahahahah.
-Heh.-Uśmiechnęłam się.
-Robisz się coraz bardziej podobna do mnie.
-Niby dlaczego?-Przestałam się uśmiechać.
-Śmiejesz się z cierpienia innych...albo z tej rozmowy...kiedyś stawiałaś większy opór i nawet mnie ignorowałaś. Powiem,że czułam się urażona...byłaś bardziej oziębła...
-Nie zmieniam się przez ciebie...każdy się zmienia raz na jakiś czas...a ja w końcu mam już 2 tysiące lat. Cóż...wciąż jestem młoda,ale życie w samotności tak na mnie wpływa...
-Gadasz jak staruszka z zepsutym wzrokiem. Ahahahahahahhah.
-Widzę,że masz dobry dzień dzisiaj...
-No ba! Przed chwilą odrzuciłaś miłość faceta,który kocha cię szczerze! Ahahahahhahaha.
-No i? Pocierpi,nauczy się...
-A ty czujesz do niego to samo.-Powiedziała mi do ucha. Kłapnęłam na nią zębami.
-Wcale nie!
-Ahahahahahhahah zachowujesz się jak pięciolatka...w sumie 2 tysiące to nie tak dużo...wciąż jesteś szczeniaczkiem...ahahahahhahahahaahah
-Wracaj do siebie...-Powiedziałam kładąc się spać.
-To ty tu jesteś dziwna! Ahahahahahahahahah.-Powiedziała po czym zniknęła.
<Co u Ciebie Corpoise?>
Od Timore CD Ary
-Przeszkadza ci to?-Zapytałam przystając.
-Trochę...-Ara powiedziała cichutko.
-U-umiem być zabawna...
-Udowodnij.-Mała się uśmiechnęła. Szybko odwróciłam głowę w jej stronę. Przez sekundę była wystraszona,a później zobaczyła mój uśmiech. Dalej widziałam strach w jej oczach.
-W-wiesz...wyglądasz dość przerażająco jak się uśmiechasz...
-Już wiesz dlaczego się nie uśmiecham.-Rzuciłam się na nią. Poleciałyśmy z górki nad jeziorko śmiejąc się przy tym. Wylądowałyśmy tuż przy brzegu.-Uff. Było blisko.-Mała się zaśmiała. Ja dalej chichocząc wepchnęłam ją do wody.-EJ!-Krzyknęła,ale po chwili znowu się śmiała. Kiedy skończyłyśmy się bawić,położyłyśmy się na skarpie na plecach oglądając gwiazdy. Po jakimś czasie Ara zagadała:
-Nie smutno ci być tak sama? Odrzucać wszystko i wszystkich?
-N-nie zrozumiesz tego...-Szepnęłam.
-Myślisz,że jak jestem szczeniakiem to możesz mi się tak wymigiwać? Wszystko zrozumiem,jeśli mi powiesz.
-Ech...a co mam ci niby powiedzieć?
-Wszystko. Od początku. Twoja historia.
-Muszę?-Zacisnęłam zęby.
-Musisz.-Od tak dawna chciałam się na kogoś otworzyć,ale stałam się taka nieufna,że nie wiedziałam,czy jej to powiedzieć,czy nie. Nie rozumiałam już czegoś takiego jak uczucia...po chwili namysłu odpowiedziałam:
-No dobrze...urodziłam się w plemieniu wilków daleko stąd. Było tam dużo szamanów i wyroczni,którzy przewodzili nami i rządzili dobrze i sprawiedliwie. Miałam dwóch braci i siostrę. Reszta rodzeństwa zginęła z ręki ludzi. Kiedy pewnego dnia,bawiłam się z siostrą,spadłyśmy ze skarpy. Lia źle upadła...i...skręciła kark...kiedy wróciłam do plemienia,zastałam tylko ogień,ciała moich bliskich i...krew...była to późna jesień,więc zaczął padać śnieg...przykrywał ciała już zimnych ciał stworzeń,które jeszcze przed godziną żyły...zrozpaczona pobiegłam przed siebie. Jak najdalej od tamtego strasznego miejsca...kiedy tak szłam,śniegu napadało tyle,że sięgał mi do brzucha. Cóż,dla mnie wtedy było to dużo. Ale wszędzie widziałam krew...śnieg splamiony krwią...i wtedy,zobaczyłam przed sobą czarnego wilka z ogromnym uśmiechem i krwią na pysku. Był to mój przyjaciel z plemienia...okazało się,że zdradził nas i wybił plemię. Uciekłam mu. Wychowałam się sama,daleko stąd podróżując i walcząc.Zakochałam się wiele razy i wiele razy na tym ucierpiałam. Zostałam wiele razy oszukana przez najbliższych przyjaciół.
-A gdzie oni teraz są?-Zapytała.
-Gryzą piach.-Zaśmiałam się.-Sama im pomogłam tam dotrzeć. A teraz nie przerywaj mi.
-Tak jest szefowo!
-Obiecałam sobie,że już nigdy więcej nikomu nie zaufam i się nie zakocham. Na początku było ciężko,ale po jakimś czasie się przyzwyczaiłam i wyrzuciłam swoje serce. Nie wiem po co ja ci to wszystko mówię...
-Bo mi zaufałaś...-Oznajmiła Ara.
-Najwyraźniej...nienawidzę siebie przez to,że nawet sobie zaufać nie mogę.-Uśmiechnęłam się.
<Co dalej Ara?>
-Trochę...-Ara powiedziała cichutko.
-U-umiem być zabawna...
-Udowodnij.-Mała się uśmiechnęła. Szybko odwróciłam głowę w jej stronę. Przez sekundę była wystraszona,a później zobaczyła mój uśmiech. Dalej widziałam strach w jej oczach.
-W-wiesz...wyglądasz dość przerażająco jak się uśmiechasz...
-Już wiesz dlaczego się nie uśmiecham.-Rzuciłam się na nią. Poleciałyśmy z górki nad jeziorko śmiejąc się przy tym. Wylądowałyśmy tuż przy brzegu.-Uff. Było blisko.-Mała się zaśmiała. Ja dalej chichocząc wepchnęłam ją do wody.-EJ!-Krzyknęła,ale po chwili znowu się śmiała. Kiedy skończyłyśmy się bawić,położyłyśmy się na skarpie na plecach oglądając gwiazdy. Po jakimś czasie Ara zagadała:
-Nie smutno ci być tak sama? Odrzucać wszystko i wszystkich?
-N-nie zrozumiesz tego...-Szepnęłam.
-Myślisz,że jak jestem szczeniakiem to możesz mi się tak wymigiwać? Wszystko zrozumiem,jeśli mi powiesz.
-Ech...a co mam ci niby powiedzieć?
-Wszystko. Od początku. Twoja historia.
-Muszę?-Zacisnęłam zęby.
-Musisz.-Od tak dawna chciałam się na kogoś otworzyć,ale stałam się taka nieufna,że nie wiedziałam,czy jej to powiedzieć,czy nie. Nie rozumiałam już czegoś takiego jak uczucia...po chwili namysłu odpowiedziałam:
-No dobrze...urodziłam się w plemieniu wilków daleko stąd. Było tam dużo szamanów i wyroczni,którzy przewodzili nami i rządzili dobrze i sprawiedliwie. Miałam dwóch braci i siostrę. Reszta rodzeństwa zginęła z ręki ludzi. Kiedy pewnego dnia,bawiłam się z siostrą,spadłyśmy ze skarpy. Lia źle upadła...i...skręciła kark...kiedy wróciłam do plemienia,zastałam tylko ogień,ciała moich bliskich i...krew...była to późna jesień,więc zaczął padać śnieg...przykrywał ciała już zimnych ciał stworzeń,które jeszcze przed godziną żyły...zrozpaczona pobiegłam przed siebie. Jak najdalej od tamtego strasznego miejsca...kiedy tak szłam,śniegu napadało tyle,że sięgał mi do brzucha. Cóż,dla mnie wtedy było to dużo. Ale wszędzie widziałam krew...śnieg splamiony krwią...i wtedy,zobaczyłam przed sobą czarnego wilka z ogromnym uśmiechem i krwią na pysku. Był to mój przyjaciel z plemienia...okazało się,że zdradził nas i wybił plemię. Uciekłam mu. Wychowałam się sama,daleko stąd podróżując i walcząc.Zakochałam się wiele razy i wiele razy na tym ucierpiałam. Zostałam wiele razy oszukana przez najbliższych przyjaciół.
-A gdzie oni teraz są?-Zapytała.
-Gryzą piach.-Zaśmiałam się.-Sama im pomogłam tam dotrzeć. A teraz nie przerywaj mi.
-Tak jest szefowo!
-Obiecałam sobie,że już nigdy więcej nikomu nie zaufam i się nie zakocham. Na początku było ciężko,ale po jakimś czasie się przyzwyczaiłam i wyrzuciłam swoje serce. Nie wiem po co ja ci to wszystko mówię...
-Bo mi zaufałaś...-Oznajmiła Ara.
-Najwyraźniej...nienawidzę siebie przez to,że nawet sobie zaufać nie mogę.-Uśmiechnęłam się.
<Co dalej Ara?>
Od Corpoise Do Dark
- Wiesz ja ... eee musze pogadac ze moją świadkową na temat obrączek i koli dla cb - uśmiechając się i kładąc Timore łapę na ramieniu .- A o ile wiem ty nie mozesz tego uslyszeć - Timore zrzucila moja lape
- Tak tak do zobaczenia chciala mnie pocalowac w policzek ale ja zrobilem unik podajc jej lape i usmiechajac sie szeroko mowiacm- tak tak juz idzi idzi - popychalem wilczyce
Kiedy ona juz poszla zwrocilem sie do Timore ktora miala bardzo dziwny wyraz twarzy - aprzepraszam ale chce ci powiedziec to glupio zabrzbmi ale ja cie k-kocham - poweidzialem i ucieklem
( co dalej Timore ?)
- Tak tak do zobaczenia chciala mnie pocalowac w policzek ale ja zrobilem unik podajc jej lape i usmiechajac sie szeroko mowiacm- tak tak juz idzi idzi - popychalem wilczyce
Kiedy ona juz poszla zwrocilem sie do Timore ktora miala bardzo dziwny wyraz twarzy - aprzepraszam ale chce ci powiedziec to glupio zabrzbmi ale ja cie k-kocham - poweidzialem i ucieklem
( co dalej Timore ?)
Od Dark CD Corpoise
-Witaj,przyszłam ustalić datę naszego ŚLUBU.-Uśmiechnęłam się spoglądając na Timore. Spojrzała na mnie jakby miała to gdzieś. Z pyska zszedł mój uśmiech.
-Czemu teraz?-Zapytał wściekły Corpoise.
-Oh kotku,musimy zacząć już to ustalać. Nie powinieneś się też gniewać. Powinieneś być szczęśliwy,przecież bierzemy ślub!
-Wiesz...jaaa-Zaczął Corpoise.
<Co chciałeś powiedzieć Corpoise?>
-Czemu teraz?-Zapytał wściekły Corpoise.
-Oh kotku,musimy zacząć już to ustalać. Nie powinieneś się też gniewać. Powinieneś być szczęśliwy,przecież bierzemy ślub!
-Wiesz...jaaa-Zaczął Corpoise.
<Co chciałeś powiedzieć Corpoise?>
Od Are do Timore
- Wiesz placze bo moj brat zastanawia sie nad slubem z ta Dark nie lubi mnienbo za duzo czasu spedzam z mojim bratem zawsze mi grozila a ja jej nie lubie - powiedzialam z oczu polecialy mi lzy opuscilam glowe
- Aha - powiedziala odchodzaca wilczyca
- Wiesz jestes fajna ale troche sztywna - powoedzialam ocierajac nis lapa i zeskakujac z drzewa i idac do domu
(CO TY NA TO TMORE ?)
- Aha - powiedziala odchodzaca wilczyca
- Wiesz jestes fajna ale troche sztywna - powoedzialam ocierajac nis lapa i zeskakujac z drzewa i idac do domu
(CO TY NA TO TMORE ?)
piątek, 22 sierpnia 2014
Od Timore
Kiedy nastał wieczór, poszłam na skarpę. Zawsze oglądałam zachód słońca. Dzień w dzień,śpiewając przy tym piosenkę oddającą cześć mojemu zmarłemu plemieniu. A słowa jej brzmiały tak:
"Small catulo, nee defendentibus,
relicta, solitariam,
et ne obliviscaris,
cum ea.
Valete amici,
Vale et matrem,
Vale, pater, soror, frater,
Dormite jam,
in eorum comfortable cubilibus,
Dormite jam,
sinijte prius.
Puppy Pusillum,
et ne obliviscaris,
pulchra facie tua [...]"
Z oka popłynęła mi łza. Czułam,jak powoli spływa po policzku. Słyszałam,jak upada na ziemię. Wtedy zauważyłam,że słońce już zaszło i powoli,na ugwieżdżone niebo,wspina się piękny,okrągły,biały księżyc oświetlając ciemne lasy,łąki i wody. Zapatrzona siedziałam jeszcze kilka godzin,aż wybudziłam się z transu i poszłam do jaskini. Podczas drogi powrotnej,zobaczyłam małą Arę wpatrującą się w gwiazdy z gałęzi drzewa. Z oczu jej kapały łzy. Przystanęłam. Co ja robię? Nie ruszają mnie takie rzeczy. Przecież nie cierpię szczeniąt! W tym momencie usłyszałam czyiś głos:
-Hej,co tam robisz?-To przecież mój głos! Ara spojrzała na mnie. Eh. Zdradziecki mózg. Co ja mam teraz powiedzieć? Mam ją pocieszać? Chyba sobie żartujecie.-Co ci jest?-Za łagodnie! Za łagodnie!!!
-A co cię to?-Mała paskuda! W sumie,jest taka jak ja.
-W sumie,to nic. Nara.-Zaskoczona tym wszystkim powiedziała cicho.
-Cz-czekaj! Nie idź...
-Czego?
<O co chodzi Ara?>
"Small catulo, nee defendentibus,
relicta, solitariam,
et ne obliviscaris,
cum ea.
Valete amici,
Vale et matrem,
Vale, pater, soror, frater,
Dormite jam,
in eorum comfortable cubilibus,
Dormite jam,
sinijte prius.
Puppy Pusillum,
et ne obliviscaris,
pulchra facie tua [...]"
Z oka popłynęła mi łza. Czułam,jak powoli spływa po policzku. Słyszałam,jak upada na ziemię. Wtedy zauważyłam,że słońce już zaszło i powoli,na ugwieżdżone niebo,wspina się piękny,okrągły,biały księżyc oświetlając ciemne lasy,łąki i wody. Zapatrzona siedziałam jeszcze kilka godzin,aż wybudziłam się z transu i poszłam do jaskini. Podczas drogi powrotnej,zobaczyłam małą Arę wpatrującą się w gwiazdy z gałęzi drzewa. Z oczu jej kapały łzy. Przystanęłam. Co ja robię? Nie ruszają mnie takie rzeczy. Przecież nie cierpię szczeniąt! W tym momencie usłyszałam czyiś głos:
-Hej,co tam robisz?-To przecież mój głos! Ara spojrzała na mnie. Eh. Zdradziecki mózg. Co ja mam teraz powiedzieć? Mam ją pocieszać? Chyba sobie żartujecie.-Co ci jest?-Za łagodnie! Za łagodnie!!!
-A co cię to?-Mała paskuda! W sumie,jest taka jak ja.
-W sumie,to nic. Nara.-Zaskoczona tym wszystkim powiedziała cicho.
-Cz-czekaj! Nie idź...
-Czego?
<O co chodzi Ara?>
Od Corpoise Do Timore
Zastanawialem sie jak jej powiedziec ze chyba ja kocham widac ze za mna nie przepada i myśli że jestem głupi juz wiem - juz miałem jej powiedzieć kiedy przybiegla narzeczona
(Co chcesz ? )
(Co chcesz ? )
Od Timore CD Corpoise
-... Et ... verum etiam nunc me mater. Quid me?-Mówiłam do siebie w umarłym języku. Tylko stworzenia z mojego klanu go znały,niestety przeżyłam tylko ja. Po tych słowach zatrzymałam się.-Wyjdź już. Denerwuje mnie to,że mnie śledzisz.
-A odpowiesz na moje pytanie?-Przemienił się z powrotem w wilka.
-Nie będę się przed tobą tłumaczyć. Wystarczy,że wiesz,że nie boję się ani ciebie,ani nikogo. No possum...nara. Mam coś do zaniesienia.-Spojrzałam na sarnę na moim grzbiecie.
-Pomogę ci.-Podbiegł do mnie i chciał przejąć sarnę. Wyszarpnęłam się i powiedziałam.
-Zostaw! Recede!-Zaczęłam biec,by oszczędzić sobie czasu i nerwów. Kiedy byłam przy wejściu do jaskini i wrzuciłam sarnę,która poleciała do środka,usłyszałam za sobą znajomy głos Corpoise.
-Czemu uciekasz?
-Dasz mi w końcu spokój? Nie uciekałam. Nie mam dużo czasu,a rzeczy do zrobienia owszem. Przestań więc....-Wzięłam głęboki oddech-Czego chcesz?
-Skąd wniosek,że czegoś chcę?
-Od rana za mną łazisz,więc musisz mieć jakiś cel.
<Co to za cel Corpoise?>
-A odpowiesz na moje pytanie?-Przemienił się z powrotem w wilka.
-Nie będę się przed tobą tłumaczyć. Wystarczy,że wiesz,że nie boję się ani ciebie,ani nikogo. No possum...nara. Mam coś do zaniesienia.-Spojrzałam na sarnę na moim grzbiecie.
-Pomogę ci.-Podbiegł do mnie i chciał przejąć sarnę. Wyszarpnęłam się i powiedziałam.
-Zostaw! Recede!-Zaczęłam biec,by oszczędzić sobie czasu i nerwów. Kiedy byłam przy wejściu do jaskini i wrzuciłam sarnę,która poleciała do środka,usłyszałam za sobą znajomy głos Corpoise.
-Czemu uciekasz?
-Dasz mi w końcu spokój? Nie uciekałam. Nie mam dużo czasu,a rzeczy do zrobienia owszem. Przestań więc....-Wzięłam głęboki oddech-Czego chcesz?
-Skąd wniosek,że czegoś chcę?
-Od rana za mną łazisz,więc musisz mieć jakiś cel.
<Co to za cel Corpoise?>
czwartek, 21 sierpnia 2014
Od Corpoise Do Timore
Gdy odprowadzilem malando matki wrucilem nje wiem sam po co do Timore kiedy juz zadala mi pytanie odpowiedzialem :
- Czego sie bojisz nikt taki jak ty nie wyganial by demona z swojego domu bez ...- przerwala mi
-Niczego wrzucila sarne na grzbiet I pobiegla ja polecialem za nia ona w pewnym momecie zaczela cos mruczac pod nosem zrobilem sie na drzewo I zblirzylem sie by uslyszec co mruczala
(Co mruczalas ?)
- Czego sie bojisz nikt taki jak ty nie wyganial by demona z swojego domu bez ...- przerwala mi
-Niczego wrzucila sarne na grzbiet I pobiegla ja polecialem za nia ona w pewnym momecie zaczela cos mruczac pod nosem zrobilem sie na drzewo I zblirzylem sie by uslyszec co mruczala
(Co mruczalas ?)
środa, 20 sierpnia 2014
Od Timore CD Corpoise
-Sit finis complebitur.-Wtedy upadłam. Złapałam szczenię i oddałam je Corpoise.
-C-co to było?-Zapytał przerażony.
-Nie wiem,ale nie wracaj tu więcej i weź ją stąd. To nie jest moja córka. Nie mam dzieci.-Wyszeptałam i odwróciłam się.
-Kim oni są?-Zapytała zaspana Melody.
-Ty masz podopieczną? Jednak nie jesteś taka skamieniała...-Szepnęło szczenię. Spojrzałam w ziemię i nie odwracając się wyszeptałam:
-Wynocha.-Corpoise zamienił się w demona i wyleciał ze szczenięciem.-A ty-Zwróciłam się do Melody-Nie wychodź więcej,kiedy ktoś tu jest.-Po tych słowach wzięłam potrzebne rzeczy i stworzyłam coś w rodzaju pola ochronnego na skały tak,żeby można było się przedostać do środka tylko dziurą w ziemi. żaden demon,duch czy nawet magiczny wiatr się nie przedrą. Kiedy skończyłam,położyłam się spać,tak samo jak Melody.
Tik tak...Spojrzałam w lustro.
Tik, to,co zobaczyłam,nie robiło tego co ja
Tak, uśmiechała się,bardzo szeroko,
Tik,położyła łapę na lustrze,
Tak,zaczęła coś szeptać,
Tik,niezrozumiałe słowa,
Tik,po lustrze zaczęła spływać krew,
Tak,zakryła wilczycę...
Cisza,biel,czerwień...
Zerwałam się jak oparzona z łóżka...nim sen się skończył,przez ułamek sekundy widziałam jeszcze innego wilka...
(Uśmiechnięty wilk)
Heh. Jeszcze nie przywykłam do tych koszmarów? Żałosne...Wstałam i wyszłam z jaskini. Wciągnęłam żeśkie,poranne powietrze i pobiegłam przeskakując krzaki przed siebie. Kiedy dotarłam na złotą łąkę,zobaczyłam pasące się stado jeleni. Zniżyłam się prawie do samej ziemi. Zaczęłam powoli podchodzić. Źdźbła zboża łaskotały mnie w nos i brzuch. Kiedy byłam wystarczająco blisko,skoczyłam na sarnę. Wyrwałam jej gardło. Wtedy zobaczyłam przyglądającego mi się Corpoise.
-Czego?-Zapytałam ocierając pysk z krwi.
<Co dalej Corpoise?>
-C-co to było?-Zapytał przerażony.
-Nie wiem,ale nie wracaj tu więcej i weź ją stąd. To nie jest moja córka. Nie mam dzieci.-Wyszeptałam i odwróciłam się.
-Kim oni są?-Zapytała zaspana Melody.
-Ty masz podopieczną? Jednak nie jesteś taka skamieniała...-Szepnęło szczenię. Spojrzałam w ziemię i nie odwracając się wyszeptałam:
-Wynocha.-Corpoise zamienił się w demona i wyleciał ze szczenięciem.-A ty-Zwróciłam się do Melody-Nie wychodź więcej,kiedy ktoś tu jest.-Po tych słowach wzięłam potrzebne rzeczy i stworzyłam coś w rodzaju pola ochronnego na skały tak,żeby można było się przedostać do środka tylko dziurą w ziemi. żaden demon,duch czy nawet magiczny wiatr się nie przedrą. Kiedy skończyłam,położyłam się spać,tak samo jak Melody.
Tik tak...Spojrzałam w lustro.
Tik, to,co zobaczyłam,nie robiło tego co ja
Tak, uśmiechała się,bardzo szeroko,
Tik,położyła łapę na lustrze,
Tak,zaczęła coś szeptać,
Tik,niezrozumiałe słowa,
Tik,po lustrze zaczęła spływać krew,
Tak,zakryła wilczycę...
Cisza,biel,czerwień...
Zerwałam się jak oparzona z łóżka...nim sen się skończył,przez ułamek sekundy widziałam jeszcze innego wilka...
(Uśmiechnięty wilk)
Heh. Jeszcze nie przywykłam do tych koszmarów? Żałosne...Wstałam i wyszłam z jaskini. Wciągnęłam żeśkie,poranne powietrze i pobiegłam przeskakując krzaki przed siebie. Kiedy dotarłam na złotą łąkę,zobaczyłam pasące się stado jeleni. Zniżyłam się prawie do samej ziemi. Zaczęłam powoli podchodzić. Źdźbła zboża łaskotały mnie w nos i brzuch. Kiedy byłam wystarczająco blisko,skoczyłam na sarnę. Wyrwałam jej gardło. Wtedy zobaczyłam przyglądającego mi się Corpoise.
-Czego?-Zapytałam ocierając pysk z krwi.
<Co dalej Corpoise?>
Od Corpoise do Timore
Kiedy Timore znikła mała zazeła płakać i zrobiła się gorąca . Nie
wiedziałem o co chodzi i kim dokładnie jest wilczyca która poszła ale
wiedziałem , że może pomóc mojej córce więc pobiegłem z moją córką pod
skrzydłem za zapachem wilczycy minęły dwie godziny moja córka zaczęła
zamykać oczy nagle znalazłem szczelinę w skale zamieniłem się w demona i
z łatwością przenikłem przez ścianę . Kiedy zobaczyłem wilczyce
podbiegłam krzycząc :
- Prosze pomóż !!!- oka się obejrzała i powiedziała komu ? A ja
delikatnie połorzyłem moją córkę przed wilczycą . Wilczyca zrobiła duże
oczy i powiedziała przerarzona :
- Ci ja mam z tym wspólnego ? - powiedziała podnosząc szczeniątko ono
otworzyło oczy i powiedziało :
- To ty jesteś moją prawdziwą mamą - wilczyca chciała coś powedzieć ale
mała wtuliła się w nią i po chwili dziwny złoty promień podniusł
szczenię i wilczyce do góry ja przerarzony patzałem do góry nagle
wilczyca otworzyła oczy które stały się całe złote i zaczęły świecić .
Wilczyca nie otwierając pyska powiedziała cały czas w powietrzu :
( co powiedziałaś ?)
( co powiedziałaś ?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













