Oparłam się plecami o Melody.
-Końca nie widać...-Powiedziałam co chwilę waląc zbliżającego się stwora.
-Myślisz o tym samym co ja?-Zapytała.
-Chcę się trochę pobawić...-Powiedziałam.-To ich wszystkich wykończy i nie będzie zabawy...
-Hah. Masz rację. Ja też chcę mieć ubaw.
-To do dzieła!-Pobiegłyśmy każda w swoją stronę. Lubiłam walczyć z dużą ilością przeciwników,ale ich było strasznie dużo i słabych...za słabych...westchnęłam i wyjęłam mój miecz z pochwy umieszczonej na swoim boku. To był mój jeden z dwóch mieczy. Nazywał się "Miecz wiatru i ognia"
Zamknęłam na chwilę oczy. Gdy je otworzyłam popędziłam na przeciwników. To było jak taniec...hipnoza...mój miecz ciął i ciął ciała potworów,których cały czas przybywało. Odcinałam głowy,łapy,skakałam,by wbić swoje ostrze w plecy innego cienia. "Więcej,więcej krwi,ciąć,ciąć,ciąć! Krew! Tak,krew! Więcej,więcej,więcej! Chcę więcej! Wciąż mało. Tak,tak,tak jeszcze,jeszcze!" Usłyszałam Tantibus. Wilczycę z lustra. Mnie. Wtedy zorientowałam się,że już nie ma czego ciąć. Zabiłam wszystkie...cienie,które tam były. Walka skończona. Odetchnęłam z ulgą. Moja choroba nie przejęła nade mną władzy...prawda?
-Hej! Co to było? Twoja sierść zrobiła się czarna,tak widziałam z góry.-Nie,nie,nie! Przejęła władzę?
-Heh. Zdawało ci się. Cienie też są czarne. Może jakiś mnie przesłonił. To była świetna walka,co nie?
-Tak!-Powiedziała ucieszona.-Dobra,nie domyśliła się...nie mogę tego cały czas trzymać w tajemnicy. Weszłyśmy do dolinki,do której miałyśmy się dostać,ale przeszkodziły nam cienie. Podczas drogi śmiałyśmy się i gadałyśmy...wszystko było....jak dawniej...po jakimś czasie,Melody stanęła jak wyryta. Jej źrenice drżały,a w oczach wyraźnie widać było strach i załamanie. Podążyłam za jej wzrokiem. Piękna polana,na którą zmierzałyśmy,daleko od watahy,strzeżona przez cienie...nie istniała....była tylko pustka wypełniona kośćmi licznych zwierząt...Zacisnęłam zęby.
-Ludzie...-Syknęłam i zaczęłam biec przed siebie.-Zostań Melody!-Krzyknęłam i zniknęłam z jej pola widzenia. Czułam jeszcze ich zapach,całkiem świeży...nie możliwe,żeby ta masakra wydarzyła się niedawno,ale odwiedzili to miejsce. Z wciąż zaciśniętymi zębami biegłam ile sił w łapach za zapachem. Dotarłam do rzadkiego lasku. Po kilku chwilach byłam już po drugiej stronie. Wyskoczyłam z za krzaka na jednego z ludzi i wbiłam mu się w szyję. Kiedy stanęłam na ziemi inny zaczął do mnie celować z...pisto...letu...wystrzelił zanim do niego doskoczyłam. Drasnął mnie w bok,ale i tak rozszarpałam mu szyję. Inny zaczął uciekać,nie uszedł 10 kroków a doskoczyłam do niego i wgryzłam się w szyję. Miałam zakrwawiony pysk i nienawiść w oczach. Nim się spostrzegłam,poczułam ukłucie w barku. Kiedy tam spojrzałam,nie było rany,ale jakaś czerwona strzałka...jak mogłam nie zauważyć tamtego człowieka? Zdążyłam jeszcze doskoczyć do niego i skręcić mu kark,oraz zrobić to samo z jego towarzyszem,kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Upadłam. Widziałam jeszcze tylko jak jeden człowiek nieufnie do mnie podchodził,z jednego zrobiło się dwóch...
....Obudziłam się w jakimś ciemnym...czymś...otaczały mnie kraty,a w samym pomieszczeniu było bardzo ciasno. Że też musiałam zostawić miecz u Melody. Pomyślałam,że szybciej dotrę do ludzi bez niego,a zabicie będzie pestką...tak samo jak dla nich pestką było zrobienie tej masakry...jeszcze czułam na nich krew tych zwierząt...wilków...zaczęłam z całej siły gryźć kraty. Po jakimś czasie,poczułam pęknięcie w jednym z zębów. Był to jeden ząb z boku. Te kraty były stalowe...mimo wszystko próbowałam dalej. Waliłam w nie,próbowałam wyważyć,gryzłam,ale one nawet nie drgnęły. Wtedy wóz się zatrzymał. Upadłam na ścianę z krat i spadłam na ziemię. Szybko jednak stanęłam na baczność i obserwowałam co się stanie...tam,gdzie mnie wywieźli było strasznie głośno. Dużo...(chyba) ludzi krzyczało "Sprzedam to!","Sprzedam tamto!". Kiedy odsłonili płachtę przykrywającą moje więzienie ukazał mi się...targ. Widywałam je już wcześniej,ale prowadzony przez zwierzęta...człowiek,który odsłonił klatkę spojrzał mi głęboko w oczy. Nie myśląc wiele rzuciłam się na niego,ale jedyne co osiągnęłam,to bolesne uderzenie w nos i podskoczenie klatki przywiązanej lianą. Po kilku minutach do mojej klatki podszedł jakiś mężczyzna...obejrzał mnie uważnie i zaczął rozmawiać z facetem,który mnie uwięził. Po dwóch minutach byłam prowadzona na sznurku. Gryzłam go,próbowałam też zagryźć faceta,który mnie prowadził,ale sznur był twardy...jak stal... próbowałam gryźć tak zwaną obrożę,ale nie mogłam dosięgnąć. Po jakimś czasie doszliśmy do jakiegoś miejsca,w którym było pełno klatek. On jednak zaprowadził mnie do swojej dziwnej ludzkiej jaskini i zamknął w jakimś pokoju z innymi psami.
-Zapoznajcie się.-Powiedział i poszedł. Wszystkie psy się zebrały wokół mnie.
-Proszę proszę,kogo my tu mamy. Leśnego wilczka. Co jest,zgubiłaś się,mała?-Zapytał jeden drwiąco. Przygniotłam go na ziemię warcząc.
-Zamilcz.-Powiedziałam. On wystraszony odpowiedział:
-Dobra,dobra. Przepraszam...-Puściłam go. Wtedy zaczął mówić drugi pies.
-Ignoruj go,on tak zawsze. Ma na imię Bolt,a ja jestem Frosh.
-Co tam się dzieje? Chłopcy,kim ona jest?-Zapytała jakaś szaro-biała suczka.
-To jest Saba-Powiedział Frosh wskazując na pytającą.
-Ja mam na imię Lizz-Powiedziała lisiczka,która wyłoniła się spośród psów. Czułam leciutki powiew lisa,ale zaskoczyła mnie.
-Ja...yyy...ja mam na imię Taq. Mów mi Taco.-Powiedziała nieśmiało zielona suczka.
-Ja,jestem Hovl. Mów mi Havi!
-Jestem Lecktor.
-Wittaaaaajjjjjjj! Jestem Elize!
-Siemasz,jestem Toboe. Mów mi Tobi!
-Ja...mam...na...imię...Yui...a...ty? Jak maś na imię?
-Nie wasza sprawa.-Powiedziałam cicho oglądając uważnie drzwi.
-Uch,jaka nie miła.-Szepnął Lecktor. Zignorowałam go i skoczyłam na klamkę. Trochę się poszarpałam,ale ześliznęłam się. Była okrągła,co uniemożliwiało mi jej otwarcie. Zaczęłam drapać drzwi i skakać na nie próbując je wyważyć.
-C-co ty robisz?!-Zapytała spanikowana Elize.
-Nie widać? Próbuję się wydostać.
-Nie da się. Są wzmocnione czymśtam.-Powiedział Tobi.
-Mam to gdzieś! Uh.-Moja rana od postrzału zaczęła dawać się we znaki.
-T-t-t-t-ty krwawisz!-Krzyknęła wystraszona Taco.
-To nic! Uh (uderzam w drzwi),muszę Uh się Uh wydostać Uh.-Wtedy drzwi się otworzyły,a w nich stanął człowiek,który mnie tu zabrał.
-Co się tu...-Nie zdążył dokończyć zdania,kiedy na niego skoczyłam. Jednak gdy miałam go zabić,poczułam na sobie błagalne spojrzenia psów i liska...jestem za miękka....uciekłam poprzez wybicie szyby i pobiegłam drogą,którą szliśmy poprzednio. Muszę dokonać zemsty. Jednak,wozu moich "porywaczy" już nie było. Poszłam za ich tropem i trafiłam do jakiejś drewnianej chatki...
Po zabiciu dwóch ostatnich morderców postanowiłam wrócić do watahy,ale było jedno ale...jak? Sprawę pogorszył mocny deszcz,który zaczął padać. Rozłożyłam skrzydła i wzniosłam się w górę,by zobaczyć gdzie jestem. Jednak,musiałam spać wiele godzin w mojej klatce,skoro nigdzie nie było nawet śladu doliny,którą opuściłam biegnąc za ludźmi. Postanowiłam szukać właściwej drogi,aż znajdę...jest lato,więc pogoda powinna mi sprzyjać...pomijając dzisiaj.
C.D.N











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz