piątek, 29 sierpnia 2014

Od Timore cz.2

Obudził mnie mglisty poranek na oszronionej łące. Malutkie drobiny grudniowego śniegu spadały mi na nos i powolutku znikały. Odetchnęłam porannym,rześkim powietrzem,a z mojego pyska poleciała para. Wstałam,otrzepałam się ze śniegu,który na mnie spadł i ruszyłam dalej. Tak to jest mieszkać w watasze...trzeba szukać drogi do domu. Tak,to bym odeszła gdzieś daleko od ludzi i to by wystarczyło...nie musiałabym szukać teraz drogi...spojrzałam w górę. Z każdym oddechem z ust wylatywała mi para.
-Ale ziąb.-Powiedziałam do siebie i poszłam dalej. Kiedy tak szłam,poczułam zapach sarny. Zaczaiłam się i skoczyłam na przyszłą ofiarę. Po zjedzeniu ruszyłam dalej. Dni mijały tak samo. Dzień w dzień ani śladu po żadnych wilkach. Noc w noc wyłam do księżyca z nadzieją,że ktoś mnie usłyszy i da swój znak...na prawdę miałam już dosyć tej niewiedzy gdzie jestem.
-Ahahahahhah. Więc zgubiłaś się,co?-Obok mnie pojawiła się Tantibus.
-A co,może znasz drogę? Jeśli tak,to prowadź. Nie zapominaj,że ty zgubiłaś się ze mną...
-Nie dasz się pośmiać starej wilczycy?
-Jesteśmy w tym samym wieku...
-No właśnie! Tylko,że ty jesteś jeszcze szczeniakiem,a ja już jestem dorosła,prawie babcia ahahahahahhahahahahahah.
-Niedorzeczność....zachowujesz się jak małe dziecko...
-Wiedz,że jestem tobą.
-Tak,tak. Obie to wiemy.
-A może byś sobie pozabijała kilka wilków,które są tu niedaleko?
-Zwariowałaś? Nie jestem mordercą...nie zabijam bez powodu...
-Do kogo mówisz?-Zapytał mnie jakiś czerwony wilk stojący obok krzaków.

-A co cię to?-Zapytałam.
-Niemiła jak zawsze.-Powiedziała Tantibus.
-Zamknij się...
-Przecież nic nie powiedziałem...-Powiedział nieznajomy.
-Nie do ciebie mówię...
-A do kogo?-Zapytał zmieszany.
-Oni mnie nie widzą. Przecież ci mówiłam,że jestem tobą...widzi nas obie ale w tym ciele-Pokazała na mnie.
-Daj mi spokój.-Nie byłam pewna,czy mówię do wilka czy...mnie.
-Może pomogę? Wyglądasz...jakbyś czegoś szukała...
-Nie twoja sprawa...-Powiedziałam i odeszłam. Po wielu godzinach spędzonych na chodzeniu,usłyszałam głośny huk i poczułam przenikający ból w żebrach. Później następny huk,który sprawił,że przestałam czuć jedną z łap. Chciałam rozwinąć skrzydła i zabić człowieka,ale zestrzelił mi skrzydło...szybko go zlokalizowałam i skoczyłam na niego. Kolejny huk...tak boli...mój brzuch...rozszarpałam mu gardło. Czemu go nie wyczułam? Nie mogłam latać,kulałam,miałam problem z oddychaniem i krztusiłam się krwią...chciałabym powiedzieć,że bywało gorzej...ale teraz byłam w bardziej beznadziejnej sytuacji niż mi się na początku zdawało..."Zabij albo bądź zabity" tego mnie uczono...przez te 2 tysiące lat...żyłam samotnie...mieszkałam tam gdzie przebywałam w danym momencie...żyłam z dnia na dzień...nigdy nie miałam stałego miejsca zamieszkania...jaskini...a potem spotkałam jakąś dziwną wilczycę,która się do mnie przyczepiła i nim się obejrzałam miałam jaskinię,towarzyszkę...przyjaciół...zmieniłam się...zmiękłam...a to wszystko przez jedną wścibską wilczycę...niedorzeczność...-uśmiechnęłam się. Leżałam na śniegu splamionym krwią...czerwienią...uchodziło ze mnie życie...miałam dobre życie...byłam niepokonana w walkach,mam dobre wspomnienia...złe...
          ...Obudziłam się nie wiem ile czasu po tym. Byłam cała przykryta śniegiem i było mi zimno. Powoli zaczęłam wstawać ignorując ból.
-Kto tu chce umierać?-Zapytałam sama siebie.-Obiecałam sobie przecież,że umrę z mojej wiosce...nie zamierzam zniknąć z tego świata niezauważona,nie wiedząc nawet gdzie jestem. Heh. Nie będę tu leżeć tak bez czynnie.-Zakrztusiłam się krwią. Wyplułam sporo krwi...zaczęłam kuśtykać przed siebie ciągnąc za sobą skrzydło,którego nie mogłam schować. Szłam tak kilka godzin,aż upadłam i zemdlałam. Ostatni obraz jaki zobaczyłam,to zbliżająca się znajoma mi wilczyca...nie możliwe...FIDEI?!
Obudziłam się w jakimś namiocie. Kiedy z niego wyszłam,zobaczyłam moją rodzinną wioskę! Niedaleko bawiły się szczeniaki. Jeden z nich...boże...Taloo...z oczu poleciały mi łzy...zawołała mnie:
-Timore! Chodź,co tak stoisz? Pobaw się z nami!
-Już biegnę!-Zaśmiałam się przez łzy. W momencie kiedy miałam złapać Taloo za łapę,ona zaczęła się oddalać...nie...ziemia na której stała zaczęła się oddalać rozstępując się między nami. Niebo zaczęło czernieć. Cała wioska była po drugiej stronie,a ja stałam sama. Widziałam jak ludzie dewastują nasze plemię,palą namioty,zabijają rodzinę i przyjaciół. Próbowałam krzyczeć,ale im bardziej tego pragnęłam,tym bardziej nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam do nich skoczyć,uratować,ale im bardziej chciałam to zrobić,tym bardziej nie mogłam się ruszyć
 Zerwałam się z łóżka ja którym leżałam jak oparzona. Gorączkowo rozejrzałam się po jaskini w której leżałam. Zobaczyłam bandaże na ranach i...Fidei. Moją przyjaciółkę...siostrę...
<Co dalej Fidei?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz