Kiedy nastał wieczór, poszłam na skarpę. Zawsze oglądałam zachód słońca. Dzień w dzień,śpiewając przy tym piosenkę oddającą cześć mojemu zmarłemu plemieniu. A słowa jej brzmiały tak:
"Small catulo, nee defendentibus,
relicta, solitariam,
et ne obliviscaris,
cum ea.
Valete amici,
Vale et matrem,
Vale, pater, soror, frater,
Dormite jam,
in eorum comfortable cubilibus,
Dormite jam,
sinijte prius.
Puppy Pusillum,
et ne obliviscaris,
pulchra facie tua [...]"
Z oka popłynęła mi łza. Czułam,jak powoli spływa po policzku. Słyszałam,jak upada na ziemię. Wtedy zauważyłam,że słońce już zaszło i powoli,na ugwieżdżone niebo,wspina się piękny,okrągły,biały księżyc oświetlając ciemne lasy,łąki i wody. Zapatrzona siedziałam jeszcze kilka godzin,aż wybudziłam się z transu i poszłam do jaskini. Podczas drogi powrotnej,zobaczyłam małą Arę wpatrującą się w gwiazdy z gałęzi drzewa. Z oczu jej kapały łzy. Przystanęłam. Co ja robię? Nie ruszają mnie takie rzeczy. Przecież nie cierpię szczeniąt! W tym momencie usłyszałam czyiś głos:
-Hej,co tam robisz?-To przecież mój głos! Ara spojrzała na mnie. Eh. Zdradziecki mózg. Co ja mam teraz powiedzieć? Mam ją pocieszać? Chyba sobie żartujecie.-Co ci jest?-Za łagodnie! Za łagodnie!!!
-A co cię to?-Mała paskuda! W sumie,jest taka jak ja.
-W sumie,to nic. Nara.-Zaskoczona tym wszystkim powiedziała cicho.
-Cz-czekaj! Nie idź...
-Czego?
<O co chodzi Ara?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz