niedziela, 16 listopada 2014

Od Luny CD cz.6

"Rozejrzałam się po miejscu w którym wylądowałam tej nocy. Był to las...upiorny las. Mgła oplatała wszystko co znalazła na swojej drodze i zatapiała to w swojej duszy. Z każdym moim oddechem z pyska wypływała mi para, a z każdym krokiem, spod mchu wylatywał dym...prawdopodobnie jeszcze więcej mgły. W powietrzu dało się słyszeć szepty, a na niebie błyszczało miliony gwiazd. Pomimo szeptów, w lesie panowała grobowa cisza przerywana co jakiś czas podmuchem wiatru szarpiącym gałęzie wysokich i łysych drzew. Większość nie posiadała ani igieł ani liści. Pod moimi łapami rósł tylko mech na którym czasami można było spotkać leżące gałęzie bądź igły. Chodząc i rozglądając się po nowym miejscu, usłyszałam cichy śpiew. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam tą samą dziewczynę, którą widziałam w moim pierwszym śnie.  Śpiewała idąc powolnym krokiem ze wzrokiem wpatrzonym w nicość rozprzestrzeniającą się przed nią. Śpiewała tak:
"A magna venti silva nocte vigiliae nocturnae.
tardius in tenebris, et angi et lacum nescio.
Et non erit ultra tueri.
quam superatis montibus, mari, neque.
Et devoret te, ... Find"

Przy ostatnim słowie zwróciła głowę w moją stronę tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. 
 Volo coram te ...
Poteram ea mirari ...

Cofnęłam się o krok. W mgnieniu oka znalazła się przede mną.
-Oddaj mi je.-Szepnęła pochylając się do mnie i wysuwając do mnie rękę. Kolejny krok w tył.
-A-ale co...-Zapytałam drżącym głosem.
-Twoje...oczy.-Uśmiechnęła się zabójczo. 
-Przecież są ślepe...na nic ci się nie zdadzą...-Powiedziałam cicho.
-Widzisz skarbie, tobie są nie potrzebne, jednak mi owszem.- Wybuchła śmiechem. Jeszcze jeden do tyłu.
-Nie  oddam ci ich.-Spojrzała na mnie zdziwiona, ale jednocześnie zła.
-Co proszę?
-Nie oddam.-Powiedziałam cicho.
-Śmiesz się stawiać mnie?
-T-tak. Mimo wszystko...to mój największy skarb...jeśli chodzi o moje ciało...może są trochę popsute...ale wierzę, że da się je naprawić...przecież wszystko co popsute da się w pewnym sensie naprawić...prawda?-Wybuchła furią i zaczęła krzyczeć:
-Nie, dziewucho. One są nie do naprawienia. Nigdy nie ujrzysz czegoś poza snem. Jesteś do niczego. Nie umiesz sobie poradzić, nie umiesz nic zrobić, bo nie widzisz! Jesteś wrakiem wilka! Nie powinnaś żyć! Do niczego się nie przydasz! Jedyne co możesz zrobić pożytecznego, to oddanie mi tych cholernych oczu!- Rzuciła się na mnie. Zaczęłam uciekać. Ona "płynęła" w moją stronę. Biegłam przed siebie nie patrząc na czym staję. Po chwili pod łapami utraciłam grunt i wpadłam do rowu bez dna.
Obudziłam się zdyszana w moim łóżku. Był już ranek. Zerwałam się spod kołdry i wybiegłam z jaskini. Po niedługim biegu weszłam do jaskini krzycząc:
-Meteor!-Budząc śpiącego wilka.-Miałam kolejny sen...Meteor!-Wilk spadł z łóżka. Przerażona odskoczyłam. Meteor był martwy."
Zerwałam się z łóżka. Wychodząc z niego potknęłam się i wywróciłam. Szybko się podniosłam i poleciałam do jaskini Meteora. Zaczęłam go trząść wykrzykując jego imię. Zaspany zapytał:
-O co chodzi?-Odetchnęłam z ulgą.
-Żyjesz...-Powiedziałam do siebie.
-Co...
-Nic...miałam kolejny sen...bardziej niepokojący niż reszta...
C.D.N 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz